
Usłyszeliśmy wielkiej urody wiersze, bo poeta Józef Baran to prawdziwy arystokrata słowa, uszlachetniony przez sztukę. Po swojemu czarnoleski, bez zbędnego folkloryzmu bez egzotyzowania zapisuje, jak Wiesław Myśliwski w prozie, on w poezji, ale i we wspomnieniach, dziennikach, dzieje wielkiej i wielowiekowej umierającej kultury chłopskiej. Był gościem specjalnym pierwszego dnia naszego wydarzenia.
Józef Baran urodził się w Borzęcinie w 1947 r. To znany polski poeta, dziennikarz i eseista. Należy do najchętniej czytanych twórców współczesnej liryki, a jego wiersze były wielokrotnie nagradzane, weszły do kanonu lektur szkolnych oraz były śpiewane przez zespoły takie jak Stare Dobre Małżeństwo. Poeta jest wciąż bardzo aktywny, właśnie niedawno wyszły dwie jego bardzo ciekawe książki: dziennik „Gen marzenia” i tomik poetycki „Jaśń”.
W Łękach Dukielskich przeczytał kilka wierszy starszych, które pokazywały jego poetyckie powroty do rodzinnego Borzęcina, z którego wyjechał gdy miał 13 lat. W wielu wywiadach podkreślał, że jego wcześniejsze wiersze, w których jest „mitologizacja dzieciństwa, domu rodzinnego, Arkadii etc. współgrała z ówczesnymi klimatami w literaturze – z prozą Nowaka, Myśliwskiego, Kawalca, Redlińskiego. Trochę na inny sposób Harasymowicza… Oni przygotowali grunt pod moje wejście do literatury czy np. mojego rówieśnika i przyjaciela, Adama Ziemianina, też prowincjusza, bo chłopaka z górskiej Muszyny. Odkrywanie poezji w tym, co najbliższe, rodzime, spotykało się wtedy z dużym wzięciem”.

Wiersz Drabina autorstwa Józefa Barana pochodzi z tomu „Nasze najmniejsze królestwo”, który został wydany w 1981 roku.
Józefa Barana powroty do Borzęcina (fragment)
chyli się słońce nad Wawelem stodoły
i zapada nad ojczyzną-ojcowizną
już dotyka głowy mojego ojca
Rejtana stojącego u wrót
Wiersz Józefa Barana z tomu Na tyłach świata
Podczas spotkania w Łękach Dukielskich nawiązywaliśmy do naszych „średniowiecznych wsi” obecnych w poezji w kontekście przemian społecznych, kiedy dwór szlachecki, ziemiaństwo nie było obecne w życiu powojennego pokolenia.

Franciszek Leśniak, który tak tęsknił za rodzinną wsią, nie przypuszczał, że stanie się jednym z najwybitniejszych znawców wielkorządców zamku krakowskiego zarządzających w czasach staropolskich jedną z najważniejszych siedzib władców Polski. Z dwiema najważniejszymi książkami: „Wielkorządcy krakowscy XVI – XVIII wieku. Gospodarze zamku wawelskiego i majątku wielkorządowego” (Kraków 1996 ) i „Urzędnicy i personel pomocniczy w wielkorządach krakowskich w okresie nowożytnym”, Biblioteka Wawelska 14, Zamek Królewski na Wawelu. Państwowe Zbiory Sztuki, Kraków 2020). Aby je napisać to tu, na Wawelu, profesor Franciszek Leśniak spędził kilka (1990-1996) lat, w niektórych tygodniach nawet codziennie, nad źródłami historycznymi nowożytnymi do dziejów zamku, w maleńkiej pracowni oddziału wawelskiego Archiwum Narodowego. To stąd dla odprężenia zerkał przez okienko na arkadowy dziedziniec zamkowy, w czasie przerw wychodził na schody i oddychał jego atmosferą i dostojeństwem. Oczami wyobraźni odtwarzał rozgrywające się na nim wydarzenia, jak pojedynek Samuela Zborowskiego z Janem Tęczyńskim podczas uczty króla Henryka Walezego i wiele innych. Spotykał tam nieżyjących już profesorów Alicję Falniowską-Gradowską, która zachęciła go do badań nad pałacem i włością zamkową oraz Janusza Kurtykę, na którego doświadczenie źródłoznawcze zawszy mógł liczyć. Sporo uwagi poświęcił prawdziwym rezydentom zamku wawelskiego/krakowskiego pisząc obszerne biogramy władców nowożytnych do pocztu królów polskich. W przygotowanych do publikacji wspomnieniach prof. Franciszek Leśniak napisał: „Na wzgórze dochodziłem drogą zarówno od ul. Kanoniczej, jak i od Stradomia. Zwłaszcza z drogi od Stradomia widok ciągnący się hen aż po Tatry napawał mnie zachłannością na życie, przenosił myśli na ostateczne piękno wielkiej historii krążącej tutaj od stuleci. Warto było chodzić tamtędy”.
Warto było i po latach z radością stanąć pod Wawelem ze świeżo wydanym tomem poetyckim zatytułowanym „Tyle razy próbowałem cię wiosko opisać”. I właśnie z tego debiutanckiego tomiku zaprezentował swoje wiersze w Łękach Dukielskich.
Gniazdo
ile razy próbowałem cię wiosko opisać
tyle razy przeszkadzało mi pokolenie wujków i cioć
ślepych na naukę
mówiłem do siebie słowa tłumione nad żebrami
z wielkiego miasta przywoziłem tylko opiłki metalu i kurz
mimo to uparcie
do schyłku najświętszej ścieżyny
będę prosił o nocleg
i powrót do brzucha pierzyny
Stronie, 15 sierpnia 1979







Przed Dworem Sulimirskich w Kobylanach: prof. Mateusz Wyżga (UKEN), prof. Jan Wolski (URz) prof. Franciszek Leśniak (UKEN) i poeta Józef Baran
***
Celem spotkania było nie tylko zwrócenie uwagi na problem zniszczonych i spalonych dworów, ale i upominanie się o historyczną pamięć o tych miejscach, jak i odkrywanie ich prawdziwej historii, bardzo ciekawej i nieznanej. A ta prawdziwa historia nie jest jednostronna. Fundacja Klucz Kobylański postanowiłam to zrobić w niekonwencjonalny sposób, poprzez twórczość ludzi, którzy zostali wychowani w cieniu spalonego dworu.
Czytając wiersze Józefa Barana i Franciszka Leśniaka narodziła się myśl o tym spotkaniu. Czy my wciąż mamy mówić, że jesteśmy pochodzenia chłopskiego. Czy to jest jeszcze ważne. A potem doszła lektura przede wszystkim dziennika Józefa Barana. Gen marzenia”. Dlaczego nie porozmawiać o naszym powojennym pokoleniu, o którym poeta Józef Baran napisał tak: Po wojnie został wymuszony przez komunę mezalians dwu kultur: szlacheckiej – z podstawami typu „zastaw się a postaw się, honornościami, grami pozorów, nobilitacją próżniactwa, ale i bohaterstwa, tak doskonale sparodiowanymi przez Gombrowicza – z kulturą ludową, chłopską, cierpliwą, kmiecą, niewolniczą… Słowem, Kordiana „sparzono” z chamem i co się narodziło? Właśnie Polak, w którego głowie „tańczą dwa Polaki”. Józef Baran, Gen marzenia, PIW 2026. I jeszcze dopisał: „W perzynę obrócił się świat kultury chłopskiej i stary etos pracy”.
Ale wcześniej w perzynę obrócił się świat kultury ziemiańskiej. Nie jesteśmy sprawcami tego zjawiska historycznego, ale beneficjentami już z tak. Nasze pokolenie wychowywało się w cieniu spalonych dworów. Dworów, których w naszej świadomości nie było wcale. I co z nas wyrosło? Czy warstwy społeczne wciąż silnie definiują polskie społeczeństwo? Czy My, wsioki jesteśmy w stanie tworzyć elitę ponadstanową?
Tych problemów nie da się rozstrzygnąć na jednym czy dwóch spotkaniach, ale otrzymaliśmy wielkiej urody wiersze o naszych opuszczonych Arkadiach dziciństwa.
Po lekturze książek Józefa Barana i Franciszka Leśniaka doszła kolejna myśl, aby na spotkanie do Łęk Dukielskich i do Kobylan zaprosić Kaja Małachowskiego, potomka właścicieli klucza kobylańskiego, bo dzieje jego rodziny są przykładem degradacji stanowej. Kaj Małachowski podjął niezwykle ciekawy temat przenikania i mieszania się kultur, pokazując, że historia naszych ziem od zawsze była historią spotkań ludzi, tradycji, języków i różnych doświadczeń. To właśnie takie spotkania przypominają nam, że historia nie jest jedynie datą zapisaną w kronice. Historia to przede wszystkim ludzie, ich wybory, marzenia, sukcesy i dramaty. To również pamięć o miejscach, które mimo upływu wieków nadal są częścią naszej tożsamości.
Wiersz
***
tą drogą przez pola
chodzę z domu naszego
z dziećmi do kościoła
patrzę na zamku ruinę
i znam ścieżkę do niego
jest jak powrót do gniazda
po kresach, zesłaniach
wygnaniach, blokowiskach
a przecie nie przeciw komu
chyba tym co tylko niszczą
czy to złe piękno? czy milczeć
dlatego że nie było po równo?
ja znam się trochę na drogach
i wiem, że kiedyś każdy już będzie
mógł chodzić tą ścieżką, czy wtedy
też będzie tak samo pięknie? Inaczej
a przecież i my znamy ścieżkę
do tych chat co tu kiedyś stały
i kamienic w rynku, jesteśmy
takimi jacy będą wszyscy
i może jeszcze znajdę ścieżkę
do dużego domu z dużymi oknami
co spłonął razem z modlącymi
chodzę, szukam w zaroślach
kiedyś wszyscy pójdziemy
tymi łąkami nad Wisłą
i nikt nas nie podzieli
rachunkami pokoleń
stójcie i trwajcie
ruiny i cienie
domy które kiedyś
do końca obejmiemy
kaj m., 23 sierpnia 2023








Trochę ostry i prowokacyjny tytuł „W cieniu spalonego dworu” ma związek z Dworem Wita Sulimirskiego w Kobylanach uratowanym przez Fundację Klucz Kobylański. Doświadczenie, jakie zdobyłyśmy przy okazji tego trudnego przedsięwzięcia pozwala nam na gorzkie podsumowanie: Właściciele dworów borykają się z wieloma trudnościami przy ich odnawianiu, niezrozumieniem nawet instytucji państwowych. Dlatego uważamy, że potrzebny jest specjalny program restauracji zabytkowych dworów, wszyscy ważni powinni się starać ściągać pieniądze z różnych projektów i funduszy na rzecz tworzenia unikatowej oferty turystycznej i edukacyjnej w naszym regionie, a w tej ofercie powinny znaleźć się także nieliczne już dwory. A tam, gdzie były i już ich nie ma, powinny stanąć tablice informacyjne o dworze i rodzinach, które w tym dworze żyły. Tylko w ten sposób opowiedziana zostanie prawdziwa historia dawnej wsi. Bo dawna wieś to nie tylko chaty pod strzechą, to także dwory, w których mieściło się centrum administracyjne i kulturalne wsi. Dziedzic nie mógł przecież istnieć bez chłopów i odwrotnie.
Poniższa mapa dobitnie ilustruje, ile dworów pozostało w najbliższej okolicy Bóbrki, której świetność w XIX wieku tworzyli także okoliczni ziemianie. Do dzisiaj ostał się tylko Dwór Sulimirskich w Kobylanach, który uratowała Fundacja Klucz Kobylański, zarządzana przez Dorotę Chilik i Jolantę van Grieken-Barylankę.

Ankieta z czym młodym ludziom na wsi kojarzy się dwór. Wszyscy odpowiedzieli, że z domem weselnym albo z miejscem na wieczory kawalerskie. To może i dobrze?
***

