WSPOMNIENIA z dworu w MAKOWISKACH

WSPOMNIENIA z dworu w MAKOWISKACH
WSPOMNIENIA z dworu w MAKOWISKACH  Jadwigi z Filipowiczów Osieckiej własnoręcznie napisane w Warszawie 16 listopada 1967 /wtorek/ w wieku 73 lat (tekst wspomnień pozostawiony bez modyfikacji)

Urodziłam się 1 stycznia 1894 roku, we dworze w Makowiskach, w śnieżną zawieruchę w pokoju ojca, który był olbrzymi i najcieplejszy. Byłam szóstym dzieckiem, najstarszym był Stanisław potem Zosia, Stefa, Władek, Marian no i ja. Dom był z kamienia, pseudogotycki od frontu okna z podjazdem dla koni i powozów. Spędziłam w tym domu 17 lat, bo rodzice sprzedali Makowiska p. Lisowieckiemu w 1910 r.

Zaczarowany świat dzieciństwa 

Wieś Makowiska leży na Podkarpaciu Dukielskim u stóp góry Cergowej, od północy przepływa rzeczka Iwelka, dopływ Wisłoki, wpada w Tokach za Żmigrodem, to typowa górska. W lecie ledwie się sączy woda, a na wiosnę wylewa z wysokich brzegów, tak że do parafialnego kościoła w Kobylanach trudno było dojechać, jak również na zachód w stronę Jasła, miasta powiatowego ok. 20 km.

Z jednej strony dworu był piękny park z rzadkimi drzewami i staw z wyspą pośrodku, tajemniczą, gdzie gnieździły się kurki wodne i tak wesoło krzyczały.

Ojciec nie zezwalał nam dzieciom płynąć na tę wyspę łódką, bo jej nie było, natomiast bracia moi (a miałam ich 3 i 2 siostry ja jako najmłodsza więc nie miałam głosu) ściągnęli ze strychu olbrzymie koryto potrzebne do świniobicia i powiosłowali /rękami/ na wyspę. Ja tylko stałam pod platanem i pilnowałam czy ojciec nie idzie. Nigdy się nie dowiedziałam jak ta wyspa wygląda, jedynie w zimie, gdy staw zamarzł.

Wzdłuż stawu od północy, była aleja kasztanów białych, które stanowiły białą ścianę nad wodą, gdy kwitły. W środku alei był mostek z kratą, gdzie wypływająca woda ze stawu, poprzez łąki wpadała do rzeczki Iwelki.

Te łąki to było ELDORADO, dla mnie i brata Mariana. Mnóstwo motyli różnorodnych I owadów, które łapaliśmy siatką, aby je uśmiercać /benzyną/ i wypracowane w naszym atelier na Baszcie, oddane do gimnazjum w Jaśle, gdzie brat uczęszczał. Dalej nad stawem była olbrzymia lipa, w której korzeniach gnieździła się wydra. Dalej dwie sosny z ławeczką darniową i całe szeregi agrestów, porzeczek /zwane jangrys i porzyczki po ichniemu / na które byliśmy wysyłani zamiast legominy (leguminy czyli deseru).

Po drugiej stronie stawu naprzeciw lipy, była mała płytka zatoczka służąca w zimie do wywozu lodu do lodowni. Latem zaś kłębiło się różnorodne życie, olbrzymie kałużnice i różne pluskwiaki, które też zbieraliśmy do naszej kolekcji oraz mnóstwo skrzeku żabiego, który z pasją niszczyliśmy, wyciągając kijami na brzeg, gdzie wysychał na słońcu. Nie wiem, dlaczego to robiliśmy, bo na wiosnę zachwycaliśmy się koncertami żabimi, potem już nigdy takich nie słyszałam!

Dalej rósł parę metrów od stawu, wspaniały różowy kasztan i ławeczka pod nim, dalej platan, olbrzymie drzewo podobne do klonu i grupa olszyn, tutaj staw się zwężał i był zarośnięty szuwarem, gdzie dzikie kaczki i kurki wodne królowały.

Tutaj też był mostek, biały wśród c…msów na dopływie wody do dużego stawu z małego, gdzie była hodowla karpia, a woda płynęła z góry z lasu. W dużym stawie w listopadzie wodę się spuszczało i wybierało liny, ślicznie wyglądały ciemno szmaragdowe wyłaniające się z mułu.

Przed mostkiem, kilkanaście metrów od stawu, rósł jako soliter olbrzymi płaczący jesion ze stołem i ławką z pełnego piaskowca, często moje lekcje z nauczycielką tu się odbywały. Dalej w stronę domu prowadziła alejka róż sztamowych i letnich kwiatów, kończyła się klombem bzów, a dalej na trawniku rósł jesion zwykły z huśtawką u poprzecznej gałęzi. Następnie w pobliżu jako soliter wspaniały buk czerwony, podszyty konwaliami. Naprzeciw klombów były co roku hiacynty / wtedy jeszcze tulipanów nie znano/.

Idziemy teraz wzdłuż domu, zaraz baszta okrągła, z wejściem od ogrodu z okutymi czarnymi drzwiami i olbrzymim kluczem, który był w naszym posiadaniu, Mariana i mnie.

Na górę prowadziły kute kamienne schody, wijące się serpentyną do małego pokoiku z dużymi oknami na zachód, tam właśnie preparowaliśmy nasze motyle i owady, a na dole hodowaliśmy świnki morskie. Na szczycie baszty, na wysokim drągu żelaznym, był jeleń z blachy, który wskazywał kierunek wiatru skrzypiąc przeraźliwie.  Do tarasu, który przylegał do salonu, ciągnęły się znowu rabaty kwiatowe, a bliżej murów domu, nie pamiętam czy gruszki, czy jabłka karłowate, ładnie prowadzone. Wreszcie taras ze schodami z dwóch stron, obrośnięty winami i kapryfolium.

Z boku pod oknem mamusi, naprzeciw, duży klomb kwiatowy i furtka wyjściowa na drogę folwarczna. Ta przestrzeń obrośnięta gęsto leszczyna i dużymi drzewami cierniowymi, takim cierniem przebiłam stopę na wylot, gdy chodziłam boso.

Leszczyny to był prawdziwy raj. Każdy krzak to był inny gatunek orzechów a to okrągłe, podłużne a kolory.  Gdy nadeszła jesień i czas zbiorów to były to całe wyprawy z kulką i torbami a za budynkami czeladnej kuchni był dalszy ciąg tego raju.

 

Dwór był parterowy na wysokim podmurowaniu. Wspaniałe piwnice, oddzielna na wino z osobnym wejściem, które ojciec z Węgier beczkami sprowadzał przez Grab, Krępną i Żmigród. Od południa, naprzeciw kuchni czeladnej, było wejście do kuchni „pańskiej” przez wysoki kamienny ganek. Zaraz w sieni, wejście na strych do cichego kącika urządzonego dla dzieci. Kuchnia widna, z dużym paleniskiem obok spiżarnia wielka jak pokój. Tu było przejście do dziecięcego pokoju i łączyła się też z przejściem do dawnej kaplicy, nie używanej jako taka tylko jako garderoba zamiast szaf.

Pokój dziecinny miał dwa okna, już te „gotyckie” i wspólny piec z jadalnia. Najlepsza zabawa była przy tym piecu. Wszystkie zabawki można było tam układać i nikt mi tego nie ruszał. była tam zastawa porcelanowa i blaszana dla lalki. Była duża i miała swoje łóżeczko siatkowe, sprowadzone z Wiednia, całą bieliznę pościelową, mnóstwo sukien, które szyła moja mamka, Antonina Patrik /?/

Z dziecięcego wchodziło się jeszcze do mamy pokoju, jadalni i dalej przez dużą sień – przedpokój z dwoma kominami do drugiej części domu i na podjazd skąd wyjeżdżało się końmi. Z sieni prowadził długi korytarz, z czterema oknami, do drzwi olbrzymiego pokoju ojca i do dalszych trzech pokoi – chłopców, panieńskiego i gościnnego. Do salonu zaś można się było dostać tylko przez pokoje rodziców, a był wspaniały, chyba z 50 metrów z podcieniami akustycznymi, można było tam koncerty urządzać, cała jedna ściana oszklona, wychodząca na taras, do ogrodu który poprzednio opisywałam. Było więc osiem dużych pokoi oprócz kaplicy-garderoby. Oczywiście kucharka spała w kuchni na łóżku przykrytym na dzień deską a pokojówki we wnęce, na siennikach.

Wracając jeszcze do parku, którego przedłużeniem był wielki gazon, od frontu, z pięknymi grupami krzewów, wysokimi lipami i sosnami. Przed stajnia cugową zaś drzewa czeremchowe obsiane półkolem tojadami /pantofelki M. Boskiej/.

W parku na zachodniej stronie rosły dwie niewysokie jabłonki-rajskie jabłuszka, ślicznie kwitły na wiosnę, jedna miała białe a druga czerwone owoce. Za nimi w głębi rosły trzy bardzo wysokie modrzewie, dużo wyższe niż dom. Dom miał dach spadzisty, kryty czerwona dachówką przez który ciągle się lało, bo wiatr dukielski robił swoje i dachówki fruwały w powietrzu jak wrony.

W przedłużeniu osi gazonu była aleja świerkowa wjazdowa od wschodu, czyli Kobylan i Sulistrowej, naszych najbliższych sąsiadów. Wzdłuż tej drogi, po jednej i po drugiej stronie było dziesięć budynków gospodarczych. Najbliżej dworu budynek o ładnej sylwetce z wgłębionym i rozszerzonym wejściem. Po jednej stronie kuchnia czeladna, bo byli fornale bez rodzin na wikcie, w środku było wejście do kurnika, kaczki i indyki też tam były.

Gdy byłam małą dziewczynką a umiałam już pisać, codziennie chodziłam do kurnika z dziewczyną, która „macała” kury, a ja zapisywałam, ile dziś będzie jaj, potem je zbierałam. Po drugiej stronie był olbrzymi piec piekarski, w którym piekło się chleb dla nas i dla służby. Był tu też wmurowany kocioł do gotowania bielizny, gdy odbywało się wielkie prania drewniane balie były wkoło niego porozstawiane. Kiedyś bawiąc się uciekałam przed kimś między nimi i upadłam kalecząc się mocno w skroń. Wodę nosiło się ze studni z pompą oddaloną o 100 kroków. Wtedy nie było problemów z robotnikami miał kto pracować.

Dalej w alei po prawej stronie była stajnia cugowa dla koni wyjazdowych. Były dwie pary, araby własnego chowu przeważnie klacze o niebieskich oczach oraz konie pod wierzch – rejby, młode i stare całkiem białe. Stangret Feliks dbał o konie, uprząż I powozy na wyjazdach znosił pół liberię, Ożenił się z naszą niańką, Amelcią.

Kuźnia stała tyłem do sadu, ośmiomorgowego ciągnącego się od południa, wzdłuż wiejskiej drogi. Były różne gatunki jabłek, gruszek i śliw. Co roku po okwitnieniu, kupował sad, to znaczy owoce na pniu, sadownik z Dębowca. Po zbiorach chował je do słomy, aby dojrzały. Ten zapach jabłek i słomy do dziś pamiętam jak nas nimi sadownik częstował, a w jesieni dawał tak zwany odsyp.

Był jeszcze ogród warzywny, podobny do opisu Mickiewicza z „Pana Tadeusza”.

Obok bardzo wysoki orzech włoski, który co roku miał mnóstwo orzechów i niezapomniany widok, gdy z wysoka spadały a zielona łupina sama odpadała.

Za ogrodem warzywnym i potoczkiem (dopływ wody do stawu) była chyba dwumorgowa łączka, trochę podmokła na krańcach obrośnięta leszczyną przechodziła w starorzecze, gdzie pod drzewami kwitły na wiosnę zawilce i przylaszczki. Tutaj było ogrodzenie wzdłuż drogi wjazdowej od zachodu i mostu na rzece, gdzie robiliśmy wielkie połowy ryb, starym sitem. Łapało się małe jelczyki, które potem smażyło się i wcinało. Za kuźnią, frontem do dworu stały tzw. oficyny, budynek murowany, mieszkalny. Duży pokój od frontu zajmował rządca p. Bronisław Dziewota, samotny stary kawaler, z którym romansowała przez 10 lat, nasza kucharka, Tekla. Gdy miałam 5-6 lat p. Dziewota zabierał mnie na polowania, na przepiórki i kuropatwy a potem zostawałam w jego pokoju /był pedantem/ i razem z psem legawym, suką Muchą, spałam kilka godzin. Pan Bronisław nazywał mnie „Pka”. W tychże oficynach były jeszcze trzy mieszkania dla rodzin fornali. Nie pamiętam, jak to było z ubezpieczeniami zdrowia. Józwa, fornal ścinał drzewo w lesie bukowym, które spadając zabiło go. Wdowa po nim, Józwowa była długie lata czeladną kucharką, dzieci nie mieli.

Prostopadle do oficyn, był długi budynek z kamienia zwany owczarnią, ale owiec się nie chwało tylko trzymało narzędzia rolnicze i zaraz droga w pole i na łąki, które były dobrze zdrenowane. Poprzeczny budynek to chlewnia wg ostatnich wymogów hodowli wybudowana. Opowiadała mi mama jak kiernoz-knur wyrwał się z chlewa i biegł droga wjazdowa z obydwu stron ogrodzona, a my szłyśmy naprzeciw ja byłam małym dzieckiem, mamusia zaczęła strasznie krzyczeć on stanął i zawrócił na folwark, a miał już olbrzymie kły-szable jak u dzika.

Budynki były budowane „rzymska droga” i teraz znowu stajnio-obora, od frontu cztery fornalki to znaczy 16 koni roboczych, a dalej obora na 60 krów, dokąd codziennie rano biegałam ze szklanką (z jeleniem) i piłam mleko prosto od krowy jeszcze z pianką, dostałam jednak „bolesnej skóry” i włosy trzeba było obciąć.

Olbrzymia gnojownia ogrodzona od łąk kamiennym wysokim i dość wąskim murem, więc dla nas, dzieci był to wyczyn sportowy, aby przejść nim i nie wpaść do gnojówkowej sadzawki.

Stodoła- gumno też była długa, młóciło się tam zboże kieratem obracanym przez konie. W zimie mnóstwo wróbli i trznadli zlatywało się, żeby wydźobywać ziarno wydmuchane wraz z plewami przez wialnię, a p. Dziewota strzelał do nich najdrobniejszym śrutem i kucharka musiała mu je przyrządzać na obiad, jadł razem z kośćmi.

Przy tz. „rajtszuli” gdzie młodzież końska przebywała, była szopa na siano a obok rosło dużo czeremch, których owocami różne ptaki się pożywiały.

Blisko dworu, ale odgrodzony starymi lipami, stał kamienny spichlerz. Z tyłu za nim w gąszczu leszczyn, już w ogrodzie, stał mały najmniejszy budyneczek, do którego uczęszczał Ojciec i długo tam przesiadywał, bo jednak mimo kuracji dr Tarnawskiego hemoroidy go męczyły na które nie było wtedy lekarstwa i musiał umrzeć na anemię mając zaledwie 59 lat, 11 kwietnia 1911 r. Leczył go też dr Jaworowski z Jasła i nawet Mamusia zaprosiła dr. prof. Gruzińskiego ze Lwowa, który wtedy za taką wizytę wziął 300 koron.

Zapomniałam jeszcze napisać o żywopłotach ze spirei /Tawuła wczesna/ białych kłosowatych, które były posadzone wzdłuż drogi podjazdowej obok domu.

Piękny był taki trójkąt spireowo-żywopłotowy, do którego na lato wynosiło się olbrzymie oleandry z salonu, a kwitły na różowo. Równocześnie w lipcu kwitły floksy, taki zwykły kolor, buraczkowy, to było Eldorada dla ciem nocnych i dla nas też, mnie i brata, Mariana. Próbowaliśmy złapać ćmę „trupią główkę”, jest olbrzymia nigdy nie siadała tylko w locie spijała nektar kwiatowy, a druga to zawisak  /Sphinx ligustri/. Nie pamiętam, czy udało się nam coś złapać.

W ogrodzie-parku na dużych trawnikach były posadzone pojedynczo czerwone peonie /piwonie/, pięknie to w maju wyglądało.

Do domu było jeszcze jedno wejście, od północy po schodkach drewnianych do pokoju nauczycielki. Najpierw była panna Wanda Sikorska, która uczyła moje najstarsze siostry, a potem panna Maria Lamecka, moja nauczycielka i sióstr też.

Potem oddana została do klasztoru sióstr urszulanek, do Tarnowa, najstarsza Zosia, a młodsza Stefa, do Lwowa do p. Niedziałkowskiej, ale nie długo tam była, bo dostała anemii, czyli blednicy.

W 1904 w listopadzie odbył się ślub siostry Zosi z Mieczysławem Rappe który był inżynierem od budowy dróg i mostów przy starostwie w Jaśle i tam zamieszkali. A ja z bratem Władkiem, u matki szwagra, pani Wincentyny Rappe we Lwowie. Uczęszczałam na pensję p. Niedziałkowskiej do trzeciej podstawowej, bo nie znałam języka francuskiego tylko niemiecki. Mieszkałam tam zdaje się tylko dwa lata, bo dostałam zapalenia pęcherza, gdyż do ubikacji trzeba było wychodzić przez kuchnię i galerię odkrytą i ja się wstydziłam synów rapowej, Artura i Wilhelma, którzy zawsze przesiadywali w jadalni a w nocy nocnika nie była, bo spałam razem z rapową, która tego naczynia nie uznawała, aż sama zmarła na uremię. Mnie rodzice wcześniej przenieśli do p. Niedziałkowskiej, gdzie jeszcze przez cztery lata przebywałam, aż do śmierci Ojca, a Mamusia uważała, że to dosyć nauki. Chciałam koniecznie dostać się do szkoły gospodarczej, ale wojna w 1914 mi w tym przeszkodziła.

Makowiska to nie duża wieś, biedna, mająca kilkadziesiąt numerów ,,bo gospodarstwo chłopskie stanowiło 2-3 morgi ziemi. Leżała na zachodnim stoku wzgórza zakończonym lasem bukowym, który w większej części należał do dworu.

Na dole przy drodze wiodącej do Kościoła w Kobylanach ok.3 km, stała duża figura wykuta z piaskowca, św. Floriana, patrona od pożarów, w rzymskiej zbroi wylewający wodę ze skopka. Zawsze jako dziecko frapowała mnie ta woda lejąca się szeroką, kamienną strugą. Figura stojąca w dużej grupie drzew i co roku na wiosnę była odmalowywana wapnem na biało przez kogoś ze wsi. Trochę wyżej przy drodze wiodącej na górzyste pola, stała murowana biała kapliczka z drzwiami. Nie pamiętam czy wewnątrz była figura czy obraz Matki Boskiej.

Mężczyźni z tej okolicy wyjeżdżali na roboty do USA albo Borysławia we wschodniej Galicji, czyli Małopolski, było tam zagłębie szybów naftowych, 3% ówczesnego wydobycia na świecie /obecnie te tereny należą do Rosji – Ukrainy/.

Były takie rodziny jak Duratów, Paweł był sługą, a tata karbowym albo Dolimów – leśni dworscy i dwie rodziny żydowskie. Judka miał w środku wsi mały sklepik – szwarc, mydło i powidło i Szlama na skraju wsi w karczmie dworskiej był pachciarzem tzn. kupował we dworze mleko z rannego udoju, zawoził 7 km do Żmigrodu. Miał nieduży wóz i małego konika chyba zawsze siwego, a wracając przywoził pocztę, gazety i bułki tzw. centówki, nam dzieciom bardzo one smakowały. Miał dużo dzieci, najmłodsza Surcia, była niekiedy moja towarzyszką wspólnych eskapad.

Najbliższe sąsiedztwo to o 2 kilometry oddalona Sulistrowa, własność Jadwigi Kobuzowskiej, wdowy po Mieczysławie, byli bezdzietni. Mieszkała ze swoją niezamężną siostrą, Heleną Łukasiewicz. Były bratanicami Ignacego Łukasiewicza wynalazcy lampy naftowej. Pani Jadwiga zajmowała się gospodarstwem polowym a doradzał jej mój ojciec, Edward Filipowicz, a panna Helena ogrodem, który był zawsze bardzo starannie utrzymany. Wszystko to było dla Włodziów, braterstwa, którzy mieszkali stale we Lwowie. Pan Włodzimierz był sławnym lekarzem dermatologiem i również był bezdzietny. Posiadali pięknie urządzone mieszkanie samymi antykami, po jego śmierci część najcenniejszych poszła na Wawel, a reszta do Sulistrowej, czyli salon, jadalnia, srebra, lustra i inne meble.

Dwór ten nie był okazały, bo przerobiony z dawnego spichlerza na wysokim podmurowaniu, prowadziły do niego również wysokie schody.

Była jeszcze trzecia siostra Zofia, zamężna za Karolem Petelenzem, który we Lwowie posiadał prywatne gimnazjum, bardzo ekskluzywne. Był wdowcem z pierwszego małżeństwa miał syna Czesława, marynarza floty c.k Austrii i córkę Marię, żonę p. Stobieckiego zdaje się, że był dentystą.

Zofia miała dwóch synów, Stasia i Romana jedyne dzieci w tej rodzinie, które na lato zjeżdżały do Sulistrowej, więc można sobie wyobrazić jaka była radość.

Dr Włodzimierz bawiąc się ze Stasiem podrzucał go do góry i prawdopodobnie dziecko uderzyło główką o górną futrynę drzwi, od tego czasu nie rozwijał się normalnie miał zahamowania w mowie i wzroście. Drugi młodszy Roman, był ładnym i miłym dzieckiem o pięć lat młodszym ode mnie, więc często p. Jadwiga zapraszała mnie do Sulistrowej, aby pobawić się razem.

Tak samo, gdy przyjeżdżały panny Tusłanowskie, najstarsza późniejsza pani Brylowa, żona profesora Politechniki. Roman studiował we Lwowie, a gdy wybuchła w listopadzie 1918 r. wojna ukraińska, w jakiś sposób zaraził się śpiączką afrykańską, która pozostawiła trwały ślad w organizmie, trzęsące się ręce i głowa. Pomimo tego ożenił się z panną Kaczorowską z poznańskiego i miał troje bardzo udanych dzieci, Jacka, Jadwisię i Andrzeja Łukasiewiczów, bo odrzucił nazwisko ojca Petelenz. Żona jego zajmowała się gospodarstwem w Sulistrowej, on raczej nauką.

Ciotka jego, p. Kobuzowska umarła na wiosnę 1939 r. na szczęście, bo w 1944 i 45 przechodził tamtędy front wojenny, dom został obrabowany, a po reformie rolnej młodzi z dziećmi wyjechali do Leszna, do jej rodziny. Druga jego ciotka, p. Helena wraz ze Stasiem znalazła się w Miejscu Piastowym u sióstr zakonnych, gdzie umarli oboje. Gdy byłam w latach 60-tych w Iwoniczu pojechałam do Miejsca Piast. Odszukać ich groby na cmentarzu, niestety nie znalazłam ich.

Dalej o kilometr, w Kobylanach był kościół parafialny, pod wezwaniem Matki Boskiej. Tam byłam ochrzczona i u pierwszej komunii, mając 10 lat. Co roczne odpusty odbywały się 8 września. Proboszczem był ks. Ruszel, partner mojego ojca do taroka, a majątek był własnością pp. Peszyńskich. Pani Peszyńska była z domu Kobuzowska, siostra Mieczysława z Sulistrowej. Mieli sześcioro dzieci żyjących, dwóch synów i cztery córki. Najmłodsza Emilia była rówieśnicą mojej siostry Stefanii, sporo odemnie starszej, więc nie miałam towarzystwa.

W Kobylanach było zawsze bardzo gościnnie i rojno od mnóstwa kuzynek niestety kuzynów nie było. Mila miała zaprzęg, para kucyków i wózek z szerokim siedzeniem. Spotykaliśmy się w lecie nad Iwelką w kąpieli, same panie w długich czerwonych koszulach służących specjalnie do tego celu, robiło się z nich takie balony nadęte powietrzem i tak się pływało, a moi bracia podglądali z pobliskiego zboża.

Ponieważ z Makowisk było blisko do rzeki, więc mnie objuczono całym tobołem kostiumów, które niosłam na plecach. Pamiętam jak brat mojej stryjenki pan Bodyński, usiłował mi pomóc, miałam wtedy około 7 lat, a parę lat później już jeździłam konno na damskim siodle, pożyczonym od Mili, właśnie do Kobylan w towarzystwie mojego brata, Stacha, brata Mili, Władysława i Miecia Eminowicza, dalszego sąsiada z Równego. Ale to był już ostatni rok przed sprzedażą Makowisk.

Robiliśmy też wycieczki wozami w kilkanaście osób, w góry do Krępnej (Beskid Niski) niedaleko granicy węgierskiej, to był rok 1910. Były też wyprawy do Odrzykonia, gdzie zachowały się ruiny górnego i dolnego zamku i były natchnieniem dla hr. Fredry do napisania „Zemsty”.

Najstarsza córka pp. Peszyńskich, Oktawia wyszła za mąż za p. Wita Sulimirskiego, on pracował w nafcie i zaraz po ślubie wyjechali do Baku, gdzie urodziło im się czworo dzieci, Tadeusz, Witold, Maria i Oktawia. Wrócili do Polski i osiedli we Lwowie, gdzie otworzył prywatne biuro poszukiwania i wiercenia szybów naftowych. Dobrze im się powodziło i po śmierci teściów odkupił od rodziny Kobylany, przeprowadził remont przywracając im dawny wygląd z olbrzymią jadalnią i salonem a na piętrze pokoje sypialne. Znowu zrobiło się gwarno i rojno. Najstarszy syn, Tadeusz ożenił się z panną Łebkowską z sanockiego, mieli dwie córki, gdy te były dorastającymi panienkami „posypało” się jeszcze trzech synów.

Córka Maria Hordyńska zwana Manią, szalona dziewczyna ciągle na koniu, miała dwóch synów i córkę Krystynę.

Kamcia była niezamężna, zajmowała się domem i gospodarstwem. Mila skończyła studia medyczne, specjalność choroby dziecinne. Mieszkała we Lwowie razem z Kamcią, umarła na raka.

W roku 1910 rodzice sprzedali Makowiska Panu Antoniemu Lisowieckiemu, kawalerowi, ale wkrótce ożenił się z panną Zofią Gostkowską z Michałowskich, dzieci nie mieli. On umarł w 1918, ona gospodarowała sama b. dobrze. Wzięła na wychowanie siostrzenicę, pannę Włodkowicz, wydała ją za mąż za p. Deskura i razem mieszkali do 1944 r. Przez Makowiska przeszedł front, zniszczył ten piękny dom i park, a reszty dokonała reforma rolna.

Rodzice przenieśli się do Jasła, gdzie w willi p. Machera wynajęli sześciopokojowe mieszkanie i równocześnie kupili majątek Wolę Dębowiecką od pp. Stawiarskich. Była ziemia i piękny las, około 600 morgów, ale ojciec był już chory i nie miał zamiaru gospodarować, zmarł w Jaśle i mamusia przeprowadziła się tam ze mną w 1912 r. Pola były przeznaczone na parcelację, zaś dom był nieduży modrzewiowy, niski bez podmurowania więc jak przyszła reforma to majątek miał już 50 hektarów i nie podlegał parcelacji. Mamusia gospodarzyła wraz z synem Marianem do swojej śmierci, 1957, a brat jeszcze przez parę lat do 1972 r. Mamusia umierając zapisała w testamencie Wolę bratu Marianowi i mnie, Jadwidze. Byłam już od roku 1919 zamężna za Stanisławem Osieckim i mieszkałam w Warszawie. Mąż mój był wdowcem, poprzednia żona też Filipowiczówna z domu córka lekarza, ale nie rodzina. Mieli dwóch synów. Starszy zginął podczas I wojny, a drugi wyjechał do Anglii i tam mieszkał do śmierci.

W międzyczasie Wolę dalej parcelowało się i ja już w tym miałam swój udział. Po śmierci mamy, brat coraz bardziej zapadał na zdrowiu i mając 81 lat zmarł w czerwcu 1972 r., zapisując resztówkę, zdaje się, że ok.6 ha i dom z całym wyposażeniem, swoim opiekunom podczas choroby, Marii z Bolków, Gniadym. Ja zostałam wyłączone z tego spadku, bo już przed tym wg ustawy PRL jako nie rolniczka i nie mieszkająca tu na stałe, byłam pozbawiona prawa do dziedziczenia. Jeżdżę więc tam tylko w letnie wakacyjne miesiące, płacąc za utrzymanie.

Wola Dębowiecka ma wspaniały klimat, 237 m n.p.m. u stóp Beskidu Niskiego z dala od wszelkiego przemysłu z widokiem na góry Hałbów, Cergowa i dolinie rzeki Wisłoki, do której wpada Iwelka, a więc nie daleko od moich ukochanych Makowisk.

                                                                      

 © 2025 Fundacja Klucz Kobylański. All rights reserved 

Wykorzystanie tekstu w jakiejkolwiek formie wymaga zgody Fundacji Klucz Kobylański.                 

Dziękuję p. Agnieszce Karbowskiej, która mnie skierowała do p. Marty Gieczewskiej, wnuczki Stanisława Filipowicza związanego z Makowiskami i to od niej otrzymałam te wspomnienia. W starych zapiskach p. Marta znalazła jeszcze poniższe informacje:

opr.: Jolanta van Grieken-Barylanka